Godlo

General Wojciech Jaruzelski
byłego
PREZYDENTA RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

(19 marca 1989 - 23 grudnia 1990)

O wpływie wagi Ciężkiego Karabinu Maszynowego na ustrój
2 luty 2010

O wpływie wagi Ciężkiego Karabinu Maszynowego na ustrój PRL

Oglądanie "filmów dokumentalnych" z imprimatur IPN jest jak oglądanie
pornografii z udziałem zwierząt. Nawet jeśli na początku odczuwasz pewną
niezdrową ciekawość - po pięciu minutach  zostaje już tylko obrzydzenie.
Wtedy najlepiej wyłączyć telewizor, co serdecznie zalecam tym z Państwa,
którzy przypadkiem natrafią na filmik pt. "Towarzysz Generał", wyświetlany w
telewizji publicznej w poniedziałkowy wieczór. Ostatecznie, ja się męczyłam
przez półtorej godziny po to, żebyście Wy już nie musieli.

            Filmik zaczyna się od kreskówki. Na kreskówce widzimy
szachownicę, na której w charakterze pionków poustawiani są żołnierze. I oto
nagle nad żołnierzami unosi się  straszliwa łapa. To łapa generała. Łapa
łapie jednego żołnierzyków za hełm i podnosi do góry, ale nagle zawisa, i
widzimy, że łapa jest na  sznurku, podobnie, jak druga łapa, a także czubek
głowy generała, bo generał to marionetka, wszystkie zaś sznurki tej
marionetki wiodą do - niespodzianka - sierpa i młota. Dalej widzimy dumny
napis: "TVP Historia i Film Open Group przedstawiają film dokumentny". To
dość zabawne: w dokumentach BBC,  stanowiących swego rodzaju kanon sztuki,
próżno szukać czołówek, informujących widza, że oto będzie oglądał "film
dokumentalny". Ale w przypadku dzieła panów Brauna i Kaczmarka informacja
jest, jako żywo, potrzebna, bo widz ni cholery sam się tego nie domyśli.
Może dlatego, że film nie jest dokumentem i nawet chyba specjalnie do tej
roli nie aspiruje. Przed grudniową premierą filmu w TVP Historia jeden z
jego autorów, Robert Kaczmarek, szlochał w "Naszym Dzienniku", iż "fakt, że
w sondażach ok. 50 proc. ankietowanych pozytywnie ocenia tę postać, wystawia
nie najlepsze świadectwo nam, Polakom". Widać wyraźnie, iż autorom
przyświeca misja wyperswadowania nam, Polakom, tej niechlubnej postawy.
Autorzy nie są zupełnie pewni, jakimi metodami to osiągnąć, więc dowiadujemy
się a to, że Generał jest sowieckim lokajem bez kręgosłupa, a to - że
demiurgiem decydującym o kształcie wojska polskiego jeszcze w dwadzieścia
lat od utraty władzy; a to, że było mu wszystko jedno, co się działo, byleby
"był na świeczniku", a to - że spiskował z Gierkiem przeciw Gomółce, a z
Kanią przeciw Gierkowi; a to, że "nie miał zielonego pojęcia o dowodzeniu
dywizją", a to, że "dokonywał cudów", bo pod jego dowództwem " w ciągu dwóch
lat najgorsza dywizja stała się najlepszą w Polsce". A w ogóle, to został
głównym kandydatem na stanowisko szefa Głównego Zarządu Politycznego WP, bo
w salach żołnierskich wieszał firanki, zaś w szkole w Riazaniu wcale sobie
nie mógł dobrze radzić, bo był słaby fizycznie i "nie ubiegłby za daleko z
Ciężkim Karabinem Maszynowym typu maxim".

            Misja popsucia uparcie dobrej opinii, jaką Wojciech Jaruzelski
cieszy się wśród Polaków, nie jest misją oryginalną. Oryginalna - i w
istocie rzeczy dość zabawna - jest parada osobliwości, którą autorom filmu
udało się zwerbować do współpracy. W "dokumencie" wypowiada się ośmiu
facetów jak jeden mąż podpisanych "historyk" (plus pewien Amerykanin, który
dostał metkę "politolog") - i nie ma wśród nich jednego naukowca, którego
możnaby podejrzewać o obiektywne myślenie i przyzwoity warsztat badawczy.
Patriotyczni "dokumentaliści" z niezwykłym talentem wybrali do swego filmiku
samych - hm - oryginałów, cieszących się w środowisku historyków co najmniej
kontrowersyjną opinią. Dość powiedzieć, że na tle innych gwiazd "Towarzysza
Generała" wrażenie merytorycznego uczonego robi Andrzej Paczkowski.

            O gwiazdach IPN, Piotrze Gontarczyku i Sławomirze Cenckiewiczu -
oraz tym, co prawdziwi historycy mówią o ich poziomie naukowym - nie będę
nawet wspominać, bo  szkoda czasu. Poza nimi IPN reprezentuje także - choć
tej informacji próżno szukać w filmie - niejaki Sławomir Musiał, postać dość
dziwaczna, górnik dołowy, który po ucieczce do Niemiec w 1985 r. rozstał
historykiem, ścigającym zbrodnie stalinowskie przeciw Polakom i Niemcom,
głównie w życiorysach rodziców kolegów po fachu. Aktualnie Musiał pracuje w
Biurze Edukacji Publicznej IPN, skąd kilkanaście miesięcy temu zwrócił na
siebie dość powszechną uwagę opublikowanym w Rzeczpospolitej "esejem" na
temat innego badacza stosunków polsko-niemieckich, prof. Włodzimierza
Borodzieja, laureata wielu nagród za wkład w stosunki polsko-niemieckie.
Musiał zarzucił Borodziejowi, iż jego prace - zwłaszcza te, mówiące, iż
wypędzenia nie były wyłączną decyzją Stalina, miały w nich udział także
władze PRL - są wodą na młyn odwetowców,  zaś jego ojciec był agentem SB w
Berlinie. Nawet Andrzej Paczkowski tekst Musiała ocenił jako "nielogiczny",
"niegodny" i "lokujący się daleko poza granicami polemiki naukowej" ze
względu na "insynuacyjny charakter".

Wśród historyków, na którym twórcy "Towarzysza generała"  oparli swój
"dokument" wymienić należy też niejakiego Marka Jana Chodakiewicza, doktora
Uniwersytetu Columbia, badacza stosunków polsko-żydowskich, autora wydanej
przez IPN książki pt. "Po zagładzie", która prezentuje dość odważną tezę, iż
po wojnie Żydzi masowo mordowali Polaków. Swą koncepcję powojennej historii
stosunków polsko-żydowskich doktor Chodakiewicz opiera na świadectwach 18
osób oraz publicystyce Jerzego Roberta Nowaka. B. szef Biura Edukacji
Publicznej IPN, Paweł Machcewicz, określił warsztat naukowy doktora
Chodakiewicza jako "kuriozalny".

            Kolejną atrakcją w tej paradzie osobliwości jest zmarły w marcu
2009 prof. Paweł Wieczorkiewicz, postać nie pozbawiona wdzięku, ale -
delikatnie mówiąc - specyficzna. Prof. Wieczorkiewicz był autorem tez takich
jak ta, że Bierut nie był Bierutem, ale sowiecką matrioszką, "świetnie
wyuczonym, idealnym sobowtórem oryginału", który wszakże współpracował z
oryginalnym Bierutem, zamieniając się z nim miejscami - oraz, że Polska w
1939 roku  powinna była podpisać układ z Hitlerem, oddać mu Gdańsk i razem
pójść na Moskwę. W filmie ogłasza, że "Polską od 81 roku do dzisiaj rządzą
tajne służby wojskowe", a Jaruzelski jeszcze w obecnej dekadzie zatwierdzał
kandydatów na stanowiska Szefa Sztabu Generalnego.

             Ale prawdziwą gwiazdą filmiku jest niejaki Lech Kowalski, który
bystrością umysłu przywodzi na myśl sienkiewiczowskiego Rocha Kowalskiego
(tego od " ja jestem Kowalski, a to jest pani Kowalska"). Lech Kowalski w
filmie zaprezentowany jest jako "historyk, biograf gen. W. Jaruzelskiego".
Wyróżnia go dość proste widzenie świata i analogiczne doń formułowanie
myśli: "przecież ci ludzie w służbach typu Informacja Wojskowa WSW oni tak
to nie rozgrywajom chaotycznie, że odpadajom z gry i wychodzom nago i boso".
To, o czym twórcy "dokumentu" nie wspominają - to fakt, iż Kowalski Lech był
oficerem politycznym Ludowego Wojska Polskiego, absolwentem Wojskowej
Akademii Politycznej, no i, rzecz jasna, członkiem Polskiej Zjednoczonej
Partii Robotniczej w latach 1975-1990. Dzieło pióra podpułkownika
Kowalskiego, zatytułowane "Generał ze skazą", wyszło w roku 2001 i wśród
historyków cieszyło się jak najgorszą opinią. Nawet wzmiankowany wcześniej
prof. Wieczorkiewicz wdeptał książkę Kowalskiego w glebę, pisząc, iż "nie
odpowiada standardom naukowym, jest wadliwie skonstruowana,  fatalnie,
poniżej dopuszczalnego poziomu napisana, a przy tym tendencyjna do poziomu
pamfletu" (co może sugerować, że Wieczorkiewicz nie miałby ochoty występować
w jednym filmie z Kowalskim - na szczęście dla twórców filmu, już mu to nie
robi różnicy). Drugi z recenzentów dzieła, pełniący wówczas funkcję prezesa
Polskiego Towarzystwa Historycznego prof. Wojciech Wrzesiński, książkę
Kowalskiego nazywa "publicystycznym paszkwilem", zaś szef Kowalskiego z
Wojskowego Instytutu Historycznego, prof. Andrzej Ajnenkiel, wystawił mu
opinię, brzmiącą mniej więcej tak: "postawa ppłk. Kowalskiego charakteryzuje
się brakiem rzetelności badawczej, w polemice z adwersarzami ucieka się do
oszczerstw i pomówień, nie przebierając w środkach brnie w swoim
irracjonalnym i groteskowym zachowaniu".

            Na okrasę, twórcy tego niezwykłego panoptikum dorzucają - jak w
peerelowskim dowcipie - amrykańca i ruskiego. Amerykańcem jest niejaki John
Lenczowski, "politolog". Lenczowski to b. doradca  Reagana ds. bloku
wschodniego, który zrealizował zyski ze swojej przygody z polityką,
zakładając "Instytut Polityki Światowej", gdzie w dwa lata w trybie
wieczorowym można wykształcić się na "lidera, który rozumie realia polityki
międzynarodowej", szczególnie w obszarze "wykrywania, zapobiegania,
zarządzania, ograniczania i rozwiązywania konfliktów międzynarodowych" i
nawet nie trzeba w tym celu znać żadnego języka obcego. "Wykładowcy
Instytutu Polityki Światowej są nadzwyczaj dobrze ustosunkowani w obszarach
bezpieczeństwa narodowego, wywiadu i polityki światowej" - zachęca Johnny
Lenczowski, sugerując, iż ci, którzy są gotowi zapłacić mu 56 tys. dolków za
trzy godziny zajęć wieczorowych raz w tygodniu, mogą liczyć na protekcję
przy załatwianiu roboty. Politolog Lenczowski wyróżnia się tezą, iż
światowego komunizmu nie pokonała bynajmniej niewydolność ekonomiczna ZSRR,
spowodowana wyścigiem zbrojeń, tylko słowa Ronalda Reagana, który zawsze
mówił prawdę. W filmie o Generale, ten wybitny autorytet w sprawach
międzynarodowych wygłasza tonem ostatecznym tezy, dowodzące, iż jako ekspert
u Reagana nie miał czerwonego pojęcia na temat  swojego obszaru ekspertyzy.
"Jednym z najistotniejszych elementów rządów komunistycznych była atomizacja
społeczeństwa, oddzielenie każdego człowieka od innych, żeby nikt nie mógł
nikomu ufać, bo jeśli nikt nikomu nie ufa, to znaczy, że nie można
zorganizować oporu przeciwko nielegalnemu reżimowi". Tak, wiadomo, że terror
w czasach Jaruzelskiego był tak powszechny, że ludzie bali się nawet
opowiadać dowcipy o milicjantach.

Dla równowagi twórcy dzieła wzięli sobie też upiornego Bukowskiego (także
zaprezentowanego jako "historyk"), którego życiorys naturalnie zasługuje na
szacunek, ale któremu, jak powszechnie wiadomo, lata spędzone w zakładach
psychiatrycznych ZSRR silnie rzuciły się na mózg. W filmie Bukowski mówi to,
co zwykle: że z komunistami nie należało rozmawiać, że Okrągły Stół to
głupota, co mówił Michnikowi i Kuroniowi, że rola Jaruzelskiego "była zawsze
rolą sługi, kazali mu to poszedł, gdyby kazali mu iść na Bułgarię też by
poszedł, jemu było wszystko jedno". Skąd Bukowski wie, co myślał i czuł
Jaruzelski bliżej nie wiadomo, ale naprawdę ujmująca w jego wypowiedziach
jest ta źle skrywana wielkoruska duma z niegdysiejszej potęgi jego ojczyzny.


"W zawodzie historyka obowiązują kanony poprawności warsztatowej. Można
orzec, że ktoś je złamał. Zaangażowanie w politykę, choćby była to polityka
historyczna państwa, stwarza stany emocjonalne, które skłaniają do łamania
kanonów warsztatowych. Dlatego historyk zaangażowany w politykę jest
zawodowo zgubiony. My go zadziobiemy. I daję słowo honoru - słusznie" -
mówił niedawno w jednym z wywiadów prof. Karol Modzelewski. Kłopot polega na
tym, iż tzw. "historycy IPN" - co coraz częściej oznacza nie tyle miejsce
pracy, co pewnego rodzaju przynależność kastową - najwyraźniej zrozumieli,
że  w środowisku prawdziwych historyków nie mają czego szukać i założyli
sobie własne. Mają własny instytut - IPN - który ich karmi i wydaje, własny
program telewizyjny- TVP Historia, własnych "dokumentalistów", którzy kręcą
o nich filmy, własnych dziennikarzy, którzy z nimi rozmawiają, własnych
polityków, którzy powołują się na ich autorytet. Takie ideologiczne China
Town w środku normalnej rzeczywistości. Kłopot w tym, że ów "syndrom IPN" ma
wszystkie cechy złośliwego nowotworu: rozwija się w szybkim tempie,
pożerając zdrową tkankę życia publicznego, nie dotkniętego jeszcze przez
antykomunistyczną psychozę i obsesyjno-kompulsyjne natręctwo walki z nie
istniejącym od 20 lat ustrojem. Dlatego szybka operacja ekstrakcji IPN
wydaje się niezbędna. A póki co,  jedyne co można zalecić niezarażonym, to
odgrodzenie się od siedliska zarazy intelektualnym kordonem sanitarnym. W
poniedziałkowy wieczór obejrzyjcie sobie "M jak miłość" na dwójce, ale
"Ninja mistrzów walki" na czwórce, a najlepiej idźcie na wódkę. Wódka
dezynfekuje.

 

Agnieszka Wołk-Łaniewska